Czytelnicy, którzy są ze mną dłużej, wiedzą, że mam skłonność do budowania hipotez, które się potem nigdy nie potwierdzają. Taką mam słabość, lubię rozumieć rzeczywistość, a jak do jej zrozumienia brakuje mi twardych dowodów, to sobie luki wypełniam własną narracją. Robię to zastrzeżenie, żeby uprzedzić pytania o dowody i nieuchronne zarzuty, że żadnych nie mam. Nie mam, ale chcę podsumować swoje rozumienie afery, która wczoraj znalazła swój finał.

Wiemy już, że w nowej ustawie nie będzie tego z czym lobby hazardowe przez półtora roku walczyło. Na pierwszy rzut oka decyzja premiera jest samobójcza, a w każdym razie bardzo ryzykowna, wypełnił wolę "Rysia" nie czekając nawet aż afera trochę przycichnie. Ale może było to wyjście optymalne, tym bardziej, że zabezpieczone mnóstwem "dupokrytek".

 

Nie ulega wątpliwości, że choć jedynym wyznaczonym przez partię kozłem ofiarnym ma być Chlebowski, z pewnością nie był sam, a jego rozmowy nie były niewinnym popisywaniem się. Szczere wypowiedzi biznesmena od hazardu są dość niewygodne nie tylko dla Chlebowskiego.

 

Włodzimierz Mękarski: Rysiek postanowił dotrzeć do ludzi, którzy mogą nam pomóc. (...) Przecież on z tymi politykami grał na co dzień w golfa, rozmawiali o tym. Strach przed słowem "hazard" jest u nich tak wielki, że jeśli ktoś chce nawet pomóc, to wyznacza spotkania na cmentarzach. (...) Czy minister Drzewiecki albo Chlebowski mogliby oficjalnie spotykać się z Ryśkiem Sobiesiakiem?

 

O tym, że Drzewiecki pomagał jak mógł już wiemy, jego pismo z czerwca spowodowało usunięcie dopłat. Wiemy na pewno, że w pomaganie lobbystom zaangażowany był Chlebowski (szef klubu parlamentarnego), Drzewiecki (skarbnik partii), Rosół (jego wpływowy i niezatapialny asystent, wcześniej u boku Schetyny i Tuska). Kierownictwo partii albo wiedziało o tych działaniach, albo dawało na nie carte blanche swoim zaufanym ludziom. Gdyby było inaczej, oszukany i wpędzony w kłopoty machlojkami robionymi za jego plecami premier, niezwłocznie wyrzuciłby z partii wszystkich winnych. Widać premier nie czuł się oszukany i skrzywdzony, bo nie tylko nie ukarał sprawców (mówię o realnych karach, a nie rytuałach pod publiczkę), ale też zrobił wszystko, żeby ich dzieło za nich dokończyć, a im samym pomóc się wykaraskać. Temu służyły wszystkie działania po 14 sierpnia.

 

14 sierpnia. Tusk dowiedział się, w jakie kłopoty wpakowali się jego ludzie. Kamiński pokazał mu fragmenty stenogramów z rozmów z lobbystami, powiedział o próbach zmiany ustawy pod dyktando lobbystów. Gdyby prawdą było to, co w Sejmie powiedział Boni, że już 30 lipca Tusk wydał polecenie pisania nowych założeń, Tusk nie miałby żadnego powodu ukrywać to przed Kamińskim, przeciwnie, musiałby Kamińskiemu wszystko powiedzieć, żeby Kamiński wiedział co się dzieje z ustawą, która jest szczególnie zagrożona patologicznym lobbingiem i wymaga specjalnej ochrony antykorupcyjnej. Wymyślenie uzasadnienia trzymania polecenia z 30 lipca w tajemnicy przed szefem  własnej służby antykorupcyjnej alarmującym o nieprawidłowościach przy tej właśnie ustawie, będzie jednym z większych wyzwań budowniczych narracji. Bo żadnego logicznego wytłumaczenia na celowe wprowadzenie Kamińskiego w błąd być nie może.

 

19 sierpnia. Tusk spotyka się z Drzewieckim, a także Schetyną. Obecność Schetyny przy tej rozmowie okazuje się na tyle niewygodna, że nie trafia do kalendarium opracowanego przez Jacka Cichockiego. Na szczęście dla Tuska i Cichockiego, nikt ich nie niepokoi niewygodnymi pytaniami, czy o Schetynie "zapomnieli" wspólnie, czy też była to osobista decyzja Tuska, który Cichockiemu o udziale Schetyny po prostu nie powiedział. Spotkanie z Drzewieckim i Schetyną odbywa się bez świadków, nie ma z niego żadnej notatki dla Cichockiego czy Kamińskiego. To kolejna rzecz, z której się Tuskowi będzie trudno wytłumaczyć.

 

25 sierpnia. Lobbyści hazardowi już wiedzą, że są nagrywani, wiedzą, że przez CBA i wiedzą mniej więcej, w jakiej sprawie. Sobiesiak "wycofuje Magdę z projektu" wejścia do Totalizatora. W prokuraturze odbywa się kilkugodzinna narada nad postawieniem Kamińskiemu zarzutów w sprawie tak dętej, że od dwóch lat nie można jej było zamknąć, choć skomplikowana dowodowo nie była.

 

26 sierpnia. Tusk spotyka się z Kapicą, sprawdza co ten wie, o  zainteresowaniu ustawą polityków PO i dowiaduje się, że Kapica uważa działania Chlebowskiego, a zwłaszcza Szejnfelda, za wielce zastanawiające. Z tego spotkania też nie powstaje żadna notatka Tuska dla Cichockiego i Kamińskiego. Notatkę taką pisze za to Kapica, na polecenie Tuska wydane mu 10 września, co jest o tyle dziwne, że Tusk nie kazał pisać żadnych notatek ani Drzewieckiemu, ani Chlebowskiemu, ani Schetynie. Ale ich lokalności był pewien, a w przypadku Kapicy lepiej było mieć na piśmie jego relację z tamtego spotkania, wiedzieć jak je zapamiętał, na co zwrócił uwagę. Nie ma też nigdy żadnego spotkania z Szejnfeldem, choć na jego bardzo dwuznaczną rolę zwrócił premierowi uwagę Kapica. Za to po spotkaniu z Kapicą, Tusk spotyka się z Chlebowskim i Schetyną. I znowu nie zostaje  po tym spotkaniu bez świadków żadna notatka. Gdy po wybuchu afery Cichocki opracowuje kalendarium premiera, wpisuje do niego polecenie wydane przez Tuska Kapicy, choć nie był świadkiem gdy padło. Nie było go na spotkaniu, nie ma notatki, więc wie o tym tylko z ustnej relacji Tuska. Jeśli nie znajdzie się żaden, choćby nieformalny dokument, potwierdzający wydanie polecenia, trudno będzie w nie uwierzyć. Kapica, dostając już po spotkaniu polecenie pisania od nowa ustawy, nad którą pracował półtora roku, odnotowałby to jakoś w notatce służbowej dla swojego szefa, w mailu do Tuska gdzie upewnia się czy dobrze zrozumiał oczekiwania, w korespondencji z Bonim, z którym wspólnie ją pisał.Tymczasem z odpowiedzi jaką dostałam z CIR wynika, że nie istnieje żadne potwierdzenie tego polecenia. Pisząc ustawę od nowa, według całkiem nowych założeń, Kapica musiał zostawić po sobie mnóstwo śladów, kogoś informował, z kimś konsultował, zlecał ekspertyzy i analizy.Działania Kapicy są do odtworzenia krok po kroku, dokument po dokumencie.

 

31 sierpnia. Chlebowski spotyka się na cmentarzu z Sobiesiakiem, umawiając się z nim przez wspólnego znajomego, który określa Chlebowskiego pseudonimem. Pełna konspiracja. Ciekawe będzie jak Chlebowski się wytłumaczy z tego spotkania. Jedynym powodem, dla którego ktoś przyłapany, wiedząc, że dalej jest na celowniku, spotyka się z kimś z kim spotykać się chwilowo naprawdę nie powinien, jest to, że trzeba było wymienić informacje i ustalić dalszy plan gry w niecierpiącej zwłoki sprawie. Wszystko inne mogło poczekać aż sprawa ucichnie. Tylko to jedno było pilne. Co teraz robimy?

Tusk w którymś momencie musiał zdać sobie sprawę, że nie ma dobrego wyjścia, tym bardziej przy tak nieprzewidywalnym i nieskłonnym do współpracy przy zamiataniu człowieku jak Kamiński. 25 sierpnia rozpoczęła się procedura usuwania Kamińskiego, ale załatwia ona tylko część problemów, wiadomo było, że sprawa i tak wypłynie. Na przepchnięcie ustawy w wersji dla lobby hazardowego niewygodnej Platforma najwyraźniej nie mogła sobie pozwolić. Nawet niekoniecznie dlatego, że liczyła na wymierną wdzięczność. Świadomość, że Kamiński prędzej czy później odpali bombę, zostawiła Platformę na łasce i niełasce hazardziarzy. Wiedząc, że sprawa może się skończyć w prokuraturze, może przed komisją śledczą, a na pewno w mediach, nie można sobie pozwolić na ryzyko, że hazardziarze rozeźleni przepchnięciem niewygodnej ustawy będą zeznawać według uznania, nie przejmując się interesem procesowym czy wizerunkowym swoich niedoszłych partnerów w interesach. Platforma nie miała więc wyjścia, musiała wypuścić ustawę w wersji przyjaznej dla tych, od których w dużej mierze zależy jak zostanie przedstawione zaangażowanie jej członków w hazardowy lobbing.

Nie mogła inaczej, ale mogła przynajmniej zabezpieczyć się przed zarzutami, że zrobiła dobrze hazardziarzom choć Kamiński przedstawił szokujące informacje i dowody na to, jak ustawa była załatwiana. I temu ma służyć cofnięcie w czasie decyzji o likwidacji dopłat. 30 lipca przecież nic się jeszcze nie działo, Tusk o niczym nie wiedział, niczego nie podejrzewał, i to wtedy właśnie, całkowicie suwerennie i powodowany wyłącznie troską o budżet, nakazał pisanie nowej ustawy. Jego decyzja, a tym samym likwidacja dopłat, nie ma absolutnie nic wspólnego z aktywnością hazardowych lobbystów, o której Tusk dowiedział się dopiero dwa tygodnie po wydaniu polecenia likwidacji tychże dopłat.

Ten scenariusz jest banalny i mało odkrywczy. Nie mam też żadnych twardych dowodów na jego potwierdzenie. Ma jednak tę niewątpliwą zaletę, że pasują do niego wszystkie znane nam do tej pory fakty i dowody. To oczywiście jeszcze go nie potwierdza, ale na początek wystarczy, że nic go nie obala. Nie da się wyciągnąć żadnego argumentu, że tak być nie mogło bo...Problem Platformy polega natomiast na tym, że jej wersji mnóstwo faktów i dowodów przeczy, przeczy tak bardzo, że jest w stanie tworzyć wyłącznie scenariusze cząstkowe, tłumaczące pojedyncze wątki i zdarzenia ale wspólnie nie składające się w jedną, wewnetrznie spójną narrację. Nie wydaje mi się, żeby ktoś był w stanie zebrać wszystko co wiemy w taki scenariusz, którego nie dałoby się z dziecinną łatwością obalić.

Z tym się po prostu nie da się nic zrobić, tę "aferę" można już tylko zakrzyczeć. Wybrnąć sie nie da, bo samego Tuska można zapędzić w kozi róg góra trzema pytaniami o 30 lipca. Przez kilka zbyt szybkich i nieprzemyślanych ruchów na etapie ratowania twarzy, Platforma postawiła się w sytuacji, w której każda uczciwa analiza będzie w jakiś sposób obciążać Tuska, który w najlepszym razie, "tylko" kłamał aby kryć kolegów. Porównując więc "aferę hazardową" do "afery Rywina", Tusk jest w dużo gorszej sytuacji niż Miller, bo sam na siebie zastawił kilka pułapek nieprzemyślanymi "dupokrytkami", na czele z kalendarium Cichockiego. Gdyby  kalendarium nie zostało opublikowane, sytuacja byłaby dużo bardziej plastyczna. Teraz już niewiele można zrobić, a w te sklecone wtedy naprędce ramy, dzisiaj nie da się wpasować elementów, które doszły później. Jak choćby właśnie polecenia z 30 lipca.

Jeśli dużo bardziej niewinna "afera Rywina" obaliła Millera, to co by zostało z Tuska, gdyby się nagle dziennikarze wzięli za rzetelne badanie i zaczęli stawiać pytania, których niezadanie ich po prostu kompromituje? "Afera hazardowa" ma ogromny potencjał niszczycielski, gdyby dziennikarze potraktowali ją tak jak na to zasługuje, poparcie dla Platformy stopniałoby o połowę. To oczywiście czyni z odliczającego dni do prezydentury Tuska, a także z jego partii, zakładników mediów. Bo przecież nie jest tak, że Tuskowi afery nie szkodzą. Tuskowi nie szkodzi na razie wyobrażenie jakie o aferach ma ogromna większość, śledząca je pobieżnie z medialnych relacji, w których czarnym charakterem jest wyłącznie Kamiński. No i może jeszcze agent Tomek.