Grube sito ABW
Ubiegając się o certyfikat bezpieczeństwa uprawniający do dostępu do informacji niejawnych Czuma musiał wypełnić "Ankietę bezpieczeństwa osobowego", jedno z pytań w tej ankiecie brzmi "Czy Pan, Pana współmałżonka lub inne osoby pozostające z Panem we wspólnym gospodarstwie domowym jesteście obciążeni innymi zobowiązaniami finansowymi (np. zaległości podatkowe, alimenty, spłaty hipoteki, zastawy, należności wynikające z orzeczeń sądowych)? Jeśli tak, proszę podać kto, jakie, w jakiej wysokości, wobec kogo, z jakiego tytułu oraz planowany termin ich spłaty". Obstawiam, że Czuma na to pytanie odpowiedział przecząco, w przeciwnym razie nie byłoby całej afery bo Czuma nigdy nie zostałby ministrem. Przecież gdyby zgodnie z prawdą wpisał w tym punkcie swój dług, który wierzyciel usiłuje od niego ściągnąć z pomocą amerykańskiego sądu, chłopcy od Bondaryka musieliby się bliżej przyjrzeć finansowym zobowiązaniom Czumy i dokopaliby się przynajmniej do tego co można sobie wygooglać. Tusk nie jest tak głupi, żeby sobie świadomie brać do rządu taki kłopot, zwłaszcza po tym jak poprzedni minister musiał odejść w niesławie za kiełbasy Stokłosy. Dzisiaj słyszymy, że nominacja Czumy była niespodziewana więc służby nie miały wystarczająco dużo czasu na prześwietlenie go ale przecież wspomnianą ankietę Czuma musiał wypełniać rok temu gdy zaczynał przewodniczenie komisji ds. nacisków. A informacje o emigracyjnych problemach Czumy to nie jest jakaś nowość, podobno chicagowska polonia sygnalizowała je już wtedy gdy Czuma został posłem.
I tu dochodzimy do problemu znacznie poważniejszego niż te kilka tysięcy dolarów, które minister podobno pożyczył i nie chce oddać. Zaraz po wybuchu afery Czumy, jak zawsze trafiająca w samo sedno Luiza Zalewska, zadała w tekście "Długi Czumy przeszły przez sito" kilka kluczowych z punktu widzenia kondycji państwa pytań, które niestety przeszły bez echa. A przecież jeśli służby specjalne sprawdzały Czumę tak dokładnie jak powinny do wydania certyfikatu i nie umiały ustalić tego co można bez trudu znaleźć w internecie to znaczy, że się do niczego nie nadają. Trudno mi uwierzyć w aż takie niedołęstwo, dużo bardziej prawdopodobne jest to, że służby o problemach Czumy świetnie wiedział. Czuma jest trochę spoza paczki (na pewno spoza paczki z którą trzyma Bondaryk), być może więc został dokładnie prześwietlony a jego amerykańskie problemy zostały uznane za dość wygodny hak, którym będzie można Czumę dość łatwo wyeliminować gdy z jakichś powodów stanie się niewygodny. Co zresztą właśnie się stało, choć może niekoniecznie z inicjatywy służb bo hak ma to do siebie, że użyć go może każdy kto o nim wie. A o tym akurat wiedziało tyle osób, że tylko kwestią czasu było kiedy afera Czumy wybuchnie. Fakt, że była to wiedza w kręgu polonii powszechna, że już przedostała się do internetu, że problemy Czumy są faktem a nie kombinacją operacyjną, że nad sprawą pracowali dziennikarze różnych mediów, każe mi ostrożnie podchodzić do odważnej tezy, że to wszystko zemsta na Czumie za jego odważne plany (o których zresztą nikt wcześniej nie wiedział bo sam Czuma dopiero co zapowiadał kontynuację dzieła Ćwiąkalskiego o którym wyrażał się z najwyższym szacunkiem).
Nie płaczcie po Czumie
Tak po ludzku jest mi zwyczajnie żal Czumy ale wyłącznie jako starszego, zasłużonego człowieka, który pod koniec kariery wpakował się w dość upokarzającą sytuację. Nie będę natomiast płakać po Czumie-ministrze, a to dlatego, że nie pokładałam w nim wielkich nadziei, a on już w pierwszych dniach urzędowania upewnił mnie, że słusznie. Dorobek trzyletniej obecności Andrzeja Czumy w polskiej polityce to głównie przewodniczenie komisji śledczej ds. nacisków i niecały miesiąc ministrowania, w obu tych rolach - eufemistycznie rzecz ujmując - niespecjalnie się sprawdził, wyróżniając się przede wszystkim lojalnością wobec własnej partii i jej interesów. Był więc żenujący występ w "Warto rozmawiać" gdzie bronił akcji ABW wobec dziennikarzy, potem gorliwe "dorzynanie watah" w komisji śledczej, a ostatnio bezprecedensowe wystąpienie w sprawie Karnowskiego. Przez całą swoją niedługą karierę poselsko-ministerialną Czuma nie zrobił nic co pozwalałoby mieć nadzieję, że wpuszczony do ministerstwa przeprowadzi wielką reformę naruszającą potężne interesy, nie znam żadnej jego inicjatywy czy choćby wypowiedzi świadczącej o determinacji w reformowaniu chorego wymiaru sprawiedliwości. Nawet gdyby w skrytości ducha miał takie zamiary a deklaracje o kontynuowaniu dzieła Ćwiąkalskiego były tylko picem dla dziennikarzy to przecież nikt by mu na to nie pozwolił. Dzisiejsi obrońcy tezy, że problemy Czumy są zemstą korporacji za jego dalekosiężne, ambitne i szalenie groźne dla klik i układów plany zdają się wierzyć w samodzielność Czumy, który - gdyby mu dać poministrować - przeprowadziłby takie reformy, że ho, ho. Tyle, że minister nie działa w próżni, nie ustala samodzielnie strategicznych kierunków polityki, o wszystkim decyduje rząd i partia. A prawda jest taka, że to Ćwiąkalski był prawdziwym wyborem Tuska i Platformy, to on był ministrem ponad rok i byłby nim nadal gdyby nie głupia wpadka. Platforma wybrała sobie Ćwiąkalskiego uznając, że to on najlepiej zrealizuje to co rząd Tuska chce zrobić w wymiarze sprawiedliwości, nie było w tym żadnego przypadku, żadnych wizerunkowych względów, Ćwiąkalski był wyborem strategicznym, w pełni merytorycznym. Inaczej niż Czuma, o którym nawet politycy Platformy mówią, że był wyborem wizerunkowym, miał swoim pięknym życiorysem zatrzeć niemiłe wrażenie po samobójstwie Pazika. Wiara, że wybrany z powodów wizerunkowo-sondażowych Czuma dostał carte blanche na przeprowadzenie reform naruszających interesy do pilnowania których rok wcześniej oddelegowany został Ćwiąkalski jest wiarą bardzo naiwną, w laurce jaką na okoliczność objęcia urzędu wysmażył Czumie Dziennik poseł Platformy tak wyjaśniał dziennikarzom kryterium wyboru nowego ministra "Zasada doboru polegała na tym, by nikt na tym ministerstwie nie zbudował samodzielnej pozycji politycznej". Powtarzam, to Ćwiąkalski i jego filozofia była prawdziwym wyborem Platformy i nie ma żadnych sygnałów, że coś się w tym względzie zmieniło. Osamotniony, pozbawiony zaplecza Czuma nie zrobiłby nic bez politycznej woli Platformy a o tym co jest wolą Platformy świadczy wybór i bezproblemowe urzędowanie Ćwiąkalskiego. Jeśli Czuma zostanie, będzie kontynuował dzieło Ćwiąkalskiego, legitymizował je swoim ładnym życiorysem, bez szansy na zrobienie czegoś swojego bo nikt mu na to nie pozwoli. Zwłaszcza teraz gdy można go bez trudu zdmuchnąć. Pozostawiony w ministerstwie ale cały czas trzymany na muszce Czuma będzie się skupiał wyłącznie na udowodnieniu, że warto go było zostawić bo jest lojalny i pożyteczny dla swoich. Dlatego właśnie powinien odejść.
Medialne ataki, medialna obrona
Sprawa Czumy jest doskonałą okazją do obserwowania zachowania mediów wobec tej wizerunkowej katastrofy rządu. Gdyby Czumę zaatakował Nasz Dziennik, Gazeta Polska czy nawet Rzepa, można by wszystko zwalić na PiS. Niestety, ponieważ uderzyli prorządowi cheerleaderzy spod znaku "Tusku musisz!", wszystko wygląda na jakąś dziwną walkę buldogów pod dywanem, w której tylko niepoprawni romantycy chcą widzieć atak złych mocy na kryształowo uczciwego ministra tylko dlatego, że ponoć miał jakiś tajny plan wielkiej i bardzo groźnej dla układów reformy. Jednym z pożytków z afery Czumy jest to, że mogliśmy na blogu Łukasza Warzechy przeczytać coś takiego:
Łukasz Warzecha: Nie bądźmy naiwni – nie było przecież tak, że redaktorzy „Polityki” wypuścili ów tekścik, przejęci poczuciem moralnego dziennikarskiego obowiązku. To tak nie działa, przynajmniej nie w przypadku takich artykułów.
Bardzo sobie cenię tę wypowiedź bo do tej pory na taką ocenę światka medialnego pozwalały sobie tylko oszołomy doszukujące się podtekstów i ukrytych agend w tym co jest podobno tylko uczciwym dziennikarstwem. Jeśli "to tak nie działa" mówi poważny i rozsądny dziennikarz, świetnie znający swoje środowisko to jest to opinia, którą warto wybić tłustym drukiem i dobrze zapamiętać. Bo jeśli w tym przypadku "to tak nie działa" to z pewnością "to tak nie działa" także w innych przypadkach. Łukasz Warzecha, podobnie zresztą jak wielu komentatorów, zastanawia się nad motywami Polityki, czy raczej tych, którzy - jak rozumiem - wystawili Polityce zlecenie na Czumę. To dobre pytanie, odpowiedź pewnie poznamy, jak zwykle, po owocach, po tym kto zostanie następcą Czumy i czym się zajmie. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na drugą stronę tej medialnej wojny, czyli na obronę Czumy. Dużo materiału do przemyśleń dostarcza tutaj Dziennik, który na początku, gdy jeszcze nie było tak tragicznie i wydawało się, że burza szybko ucichnie, bardzo zaangażował się w obronę Czumy. Zaraz po objęciu teki ministra Dziennik piórem Piotra Gursztyna nakreślił w artykule "Droga Czumy z Poronina do ministerstwa" portret nowego ministra, wątek finansowy pojawił się w nim jako pomyłka:
Dziennik: Choć była jedna rzecz, która mogła zagrodzić mu drogę do ministerstwa. W trakcie pobytu w Chicago Andrzej Czuma nie płacił alimentów na nieślubne dziecko i nie zapłacił za budowę domu. Dość szybko wyjaśniło się, że rzeczywiście w Chicago jakiś Andrzej Czuma miał takie kłopoty finansowe - ale nie był to obecny minister, tylko zupełnie inny człowiek o tym samym imieniu i nazwisku.
Artykuł Gursztyna ukazał się 2 lutego, trzy dni po tym jak jego kolega po fachu Cezary Gmyz z Rzepy wysłał Czumie mailem kopie wyroków z prośbą o komentarz. Albo więc Dziennik jest strasznie izolowany w środowisku i nie dotarły do niego informacje, na które inni dziennikarze mieli już nawet dokumenty, albo nie umiał ich sprawdzić i zdał się na wersję Czumy "To inny Czuma", albo po prostu nie chciał o tym wspomnieć czytelnikowi, żeby nie wypaczać portretu nowego ministra. Tak czy inaczej, wyszło zabawnie, zwłaszcza gdy już wiemy jak w rzeczywistości wygląda to co zdaniem Gursztyna "dość szybko wyjaśniło się". A przecież Dziennik ma mocny dział śledczy, ma Jerzego Jachowicza. No właśnie, Jerzy Jachowicz. Ten ceniony przeze mnie dziennikarz śledczy zamiast niezwłocznie przystąpić do dziennikarskiego śledztwa i wyjaśnić jak to z tym Czumą było ograniczył się do porażająco naiwnego felietonu z deklaracją "Nie wierzę w winę Czumy" zakończonego wypowiedzią jakie zazwyczaj padają z ust partyjnych kolegów polityków z problemami a nie wybitnych dziennikarzy śledczych. "Chciałbym zatem zobaczyć dowody i usłyszeć jego osobiste wyjaśnienia. Na razie nie wierzę w tę pogłoskę". I tak już czwarty dzień Jerzy Jachowicz trwa w niewierze, choć pojawiły się i dowody, i wyjaśnienia, nie mówiąc już o tym, że był czas przeprowadzić własne śledztwo. Niestety, zamiast zająć się wyjaśnianiem jak było, Dziennik skupił się na obronie Czumy, do mojej prywatnej kolekcji dziennikarskich kuriozów przejdzie artykuł Radosława Korzyckiego "Zemsta na Czumie", w którym dowodzi on, że...sama nie wiem, że co, może ktoś przeczyta i mi objaśni logikę tego tekstu, zwłaszcza w kontekście jego tytułu.
Znalazłoby się więcej przykładów na to, że Dziennik, dopóki się dało, robił co mógł, żeby ministra ratować - wbrew faktom, wbrew dziennikarskiej powinności. I szczerze mówiąc takie zachowanie martwi mnie nawet bardziej niż zachowanie Polityki, bo jeśli już każda gazeta musi mieć swoją polityczną agendę to chyba jednak wolę jeśli realizuje ją pisząc o czymś co było niż na siłę chroniąc mnie przed niewygodnymi informacjami. Katastrofie i tak nie udało się zapobiec a nieprzyjemne wrażenie zostaje.
Reasumując. Andrzej Czuma musi odejść, jest ku temu wystarczająco dużo powodów i ani jednego za tym, żeby został, bez względu na to ile szacunku się ma dla jego przeszłości i jak bardzo niesympatyczni są ci co go dzisiaj atakują. A jak już odejdzie, trzeba będzie wrócić do pytań Luizy Zalewskiej bo są one dużo ważniejsze niż długi Czumy. Mamy prawo wiedzieć czy służby: a) nie wiedziały o problemach Czumy a zatem są skrajnie nieudolne lub b) wiedziały o problemach Czumy ale nie powiedziały o tym premierowi a zatem są wobec niego nielojalne lub c) wiedziały o problemach Czumy i powiedziały o nich premierowi a zatem wszyscy kłamią i to co teraz widzimy to tylko teatr dla gawiedzi. Za taką wpadkę ktoś powinien odpowiedzieć. A przynajmniej jakoś się z niej wytłumaczyć.



Czuma musi odejść - tego nikt z PiSu już nie powie,po zmianie wizerunku.